Wawrzeńczyce i Igołomia

   

        Trochę nas tu nie było… I to nie dlatego, że nie mamy o czym pisać. Jest wręcz przeciwnie. Jednak już od kilku tygodni słyszymy w radiu, że to ostatnie ciepłe dni w tym rok, i za każdym razem kiedy dociera do nas taka informacja machamy ręką na pisanie i… ruszamy spacerować. Zamierzamy też trochę pooszukiwać z kolejnością relacji z naszych spacerów. Nie, nie mamy nic do ukrycia, ale chcemy zaprosić was do odwiedzenia miejsc, które będą niedostępne do wiosny bądź kolejnej jesieni. To co ruszacie z nami na kolejną wyprawę?

        Pomysł na ten krótki niedzielny spacer o którym chcemy wam dziś opowiedzieć zrodził się dzięki… instagramowi. Na pewno widzieliście te piękne zdjęcia pełne dyni w każdym kolorze i rozmiarze. Mamę one oczarowały. Dobra, nie owijajmy w bawełnę. Mama zakochała się w eterycznych, małych, białych dyniach (baby boo). Od dłuższego czasu wypatrywała ich na okolicznych bazarkach i w sklepach, niestety bezskutecznie. Już nawet straciła nadzieję, że w tym roku pojawią się one w naszym mieszkaniu, kiedy jedna z cioci dodała na Instagramie zdjęcie z… baby boo! Gdzież indziej można było je znaleźć jak nie w „krakowskim warzywniaku”? Nie zastanawiając się długo spakowaliśmy nasz wesoły samochodzik i ruszyliśmy zwiedzać Wawrzeńczyce.

    Jeszcze nie minęliśmy tablicy z nazwą miejscowości, a już przy kilku domach pojawiły się niewielkie wystawki z różnymi gatunkami dyń. Gdzie nie gdzie można nawet było wypatrzeć warzywa z domalowanymi oczami, ustami czy nosami. Nigdzie jednak nie było widać upragnionych baby boo! Przezorny zawsze ubezpieczony. Żeby nie wrócić z pustymi rękami na wszelki wypadek zadzwoniliśmy do cioci po wskazówki dokąd jechać. Były one na tyle dokładne, że już kilkaset metrów dalej naszym oczom ukazało się niesamowite stoisko pełne dyni. JEdynie (czynne codziennie od 9:00 do 17:00), bo tak nazywa się to miejsce, jest bardzo przemyślaną atrakcją. Przygotowany pod wystawę warzyw plac widoczny jest już z daleka. Z drogi dostrzec można liczne palety i skrzynki, z których ponętne dynie subtelnie kuszą turystów. Wygodny parking dostosowany do większej liczby samochodów sprawia, że obok tego miejsca nie można przejechać obojętnie. A kiedy już się tu zatrzymasz, to przepadłeś. Tak było z nami. Tata i Ancymon ruszyli na spacer pomiędzy dyniami, a Mama złapała koszyk i zaczęła do niego ładować co ciekawsze okazy. Wyobraźcie sobie, że przez chwilę zapomniała nawet o białych maleństwach i z obłędem w oczach dopadła szarych wielkich kloców. Kątem oka udało jej się przeczytać, iż ten typ dyni jest w Anglii cenionym dodatkiem do biszkoptów (Queensland Blue), zanim warzywo wylądowało wśród zakupów. W wyobraźni widziała już przygotowaną z niej dekorację na stole w jadalni.

    Sesja zdjęciowa dyń i wybór okazów zajął Mamie dobre 30 minut. Chyba nikt się tego nie spodziewał, na czele z nią samą. Zwykle jest niechlubnym przykładem kobiety, która zakupów nienawidzi, galerie omija szerokim łukiem, a jej wizyta w sklepie odzieżowym nie trwa dłużej niż kwadrans. Nikogo nie zdziwiło natomiast, że zakup dyni nie okazał się końcem wycieczki. Tuż za straganem z warzywami przygotowana byłą przecudna sceneria, którą wykorzystać można do prywatnych zdjęć. Znajdowały się tam bele słomy, drewniany podest, skrzynki pełne pomarańczowych kul jak również wóz pełen dyni. Tylko pozować i robić zdjęcia! Słabe protesty Taty i Ancymona zostały stłumione w zarodku. Mama przestawiała ich kilkakrotnie, byleby uchwycić każdy, nawet najmniejszy detal tej magicznej scenografii. Po blisko 20 minutach obłęd w końcu znikł z jej oczu i smutnym głosem zaproponowała powrót do Krakowa. Przygnębienie w głosie ukochanej chyba nieco wytrąciło Tatę z równowagi, bo wbrew sobie powiedział: „Wiem, że będę tego żałował, ale… raz się żyje. Po drodze widziałem znak kierujący turystów do zespółu pałacowo-parkowego w Igołomi.” Jak się zapewne domyślacie, nie musiał mówić nic więcej. W oczach Mamy pojawiły się chochliki. Wszyscy skierowali się do wesołego autka i ruszyli w stronę Krakowa.

Ledwo minęliśmy tablicę oznaczającą początek wsi Igołomia, a naszą uwagę przykuła aleja starych kasztanowców we wszystkich odcieniach brązu i pomarańczy. Z zachwytu zaniemówiliśmy, a to był dopiero początek. Otoczona tak malowniczymi drzewami ścieżka prowadziła wprost do ruin pałacowych zabudowań. Tuż za nimi dostrzegliśmy piękne stare ogrodzenie skrywające niesamowity park. Choć tablica przy wejściu informowała, że park dostępny jest dla zwiedzających od maja do września i tylko  w bezwietrzne dni, amatorów tego miejsca nie brakowało. Otwarta brama i ogromne wiekowe drzewa cicho szeptały wejdźcie, wejdźcie… Nie mogliśmy ich nie posłuchać. Skrytą między drzewami dróżką ruszyliśmy przed siebie zagłębiając się w magiczny las. Gęste gałęzie zamknęły się nad nami, jakby nie chciały nas wypuścić, krzewy wyciągały gałęzie prosząc, byśmy zostali, bo tak bardzo brak im ludzi. Nic dziwnego, iż miejscowy szabrownik wyłaniający się nagle z zarośli, z wiaderkiem pełnym derenia prawie przyprawił nas o zawał…

    Nie porozumiewając się miedzy sobą ruszyliśmy szybszym krokiem dalej. Już po kilku krokach naszym oczom ukazał się wypielęgnowany trawnik i Pałac Wodzickich w Igołomi. Zaparło nam dech w piersiach i nie chodziło nawet o sam budynek. Owszem robił wrażenie, jednak o magii tego miejsca zdecydowanie stanowił otaczający je park i to niezwykłe wrażenie, że pod wejście podjedzie zaraz czarny ford T, a wraz z nim radosna ferajna popijająca szampana i popalająca wetknięte w lufki papierosy. Ech, to pióro leżące tuz przed wejściem musiało zdobić kiedyś opaskę jednej z pięknych dziewcząt bawiących tu na przyjęciu.

Oglądając się wciąż za siebie ruszyliśmy obejrzeć pałac. Nie udało nam się wejść do środka, jednak znajdującymi się tuż za wejściem schodkami zeszliśmy w dół. Naszym oczom ukazała się przepiękna polana widokowa, która opada w stronę istniejącego tu w przeszłości stawu. Nieświadomi pełniącej w dawnych czasach przez łąkę funkcji sami znaleźliśmy dla niej wymarzone zastosowanie. Oby tylko zima była biała, a byłoby to  idealne miejsce do saneczkowych szaleństw!

Niespiesznie, nóżka za nóżką obeszliśmy pałac i drogą otoczoną wielkimi starymi drzewami ruszyliśmy z powrotem. Tuż za bramą zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę by popodziwiać ruiny pałacowych zabudowań. Dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w budynek pełniący funkcję kuźni i uwieczniony przez Artura Grottgera na obrazie „Kucie kos”. Każdy z nas pochłonięty był swoimi myślami, kiedy ciszę przerwał podekscytowany głos Taty: „Ha! Raz ja znalazłem coś o czym nie wiedziałaś!”. Mama uśmiechnęła się pod nosem, a w jej oczach pojawiły się znajome chochliki. Bakcyl podróżowania został zaszczepiony, stworzyła kolejnego szaleńca szukającego ciekawych miejsc na weekedowe wycieczki. Głośno powiedziała jednak tylko: „Jestem z ciebie bardzo dumna kochanie. Naprawdę potrafisz mnie zaskoczyć!” i obdarowała Tatę słodkim buziakiem.

Jesteście ciekawi gdzie poniosło nas dalej?


Wawrzeńczyce:






















Igołomia:



















Komentarze

Popularne posty