Dolina Prądnika i Park Tadeusza Kościuszki


     Pamiętacie nasz „króciutki” spacer z Przegorzał do Piekar? Trochę nim narozrabialiśmy. Kiedy następnego dnia chcieliśmy wybrać się na kolejną wyprawę Pies zabarykadował się w swojej klatce, a Tata szybko uciekł do pracy. Kompletnie rozumiemy dlaczego. Gorzej, bo tak przegoniliśmy wtedy Tatę, że przez następny tydzień gorączkował. Niby nic groźnego 37,5-38,5, jednak w dzisiejszych czasach jest to już powód do zmartwień. Nie mieliśmy możliwości poddania go izolacji, więc postanowiliśmy zachować bezpieczny dystans. Jak? Tatę umieściliśmy w salonie, spakowaliśmy całą resztę rodzinki i od rana do późnego popołudnia spacerowaliśmy przez cały tydzień. Tata był szczęśliwy, bo darowano mu długaśne wyprawy, Mama tryskała radością, bo nie siedziała w czterech ścianach, a cała reszta musiała się dostosować. Co z tego wyszło? Przeczytacie poniżej i w kolejnych postach. Mamy nadzieję, że wam się spodoba.

    Ostatnie ciepłe, wrześniowe dni byliśmy „zmuszeni” wykorzystać poza domem. Mistrzejowice, Nowa Huta i Czyżyny wydawały się być za blisko. Naszą uwagę skierowaliśmy więc w stronę Prądnika Białego. Z uśmiechami na twarzy, dziarsko wyruszyliśmy spod CH Serenada ulicą Dobrego Pasterza przed siebie. Nie mogliśmy odmówić sobie krótkiego przystanku w Parku Zaczarowanej Dorożki. Karmienie kaczek i zabawa w ciepłym piasku na tamtejszym placu zabaw, to to co Ancymon lubi najbardziej. Bez reszty pochłonęło go wygrzebywanie z piasku gałązek i liści, to naprawdę męcząca praca! A wpychanie ich do buzi tak, żeby Mama nie zauważyła, to zadanie dla mistrzów sztuki magicznej. Nic dziwnego, że po godzinie takiej zabawy Ancymon padł i mogliśmy spokojnie kontynuować spacer.

                Wędrując ulicą Dominikanów, Jezuitów i ponownie ulicą Dobrego Pasterza dotarliśmy do alei 29-go Listopada. Grzecznie, na światłach przeszliśmy na drugą stronę i ulicą Nad Strugą ruszyliśmy dalej. Szum miasta nieco ucichł i w otoczeniu drzew mogliśmy wędrować dalej aż do ulicy Bursztynowej i Parku Tadeusza Kościuszki. Niby nie mieszkamy daleko od tego terenu zielonego, a jednak bywamy tu rzadko. Dlaczego? Nie wiem. Tym bardziej, że kiedy wchodzi się między drzewa tworzące park, człowieka ogarnia niesamowity spokój. Przez cały dzień jest tu mnóstwo mam z dziećmi, właścicieli z psami, zakochanych, starszych panów czytających gazetę czy małżeństw z dłuższym stażem cieszących się piękną pogodą. Mimo to, człowiek nie czuje się osaczony przez tłum i zapomina o zgiełku miasta. Płynąca przez park Białucha delikatnie szumi kojąc skołatane nerwy, liście na drzewach wspominają czasy świetności parku, receptory węchu łaskocze wspomnienie zapachu prądnickiego chleba, a radosne kwakanie kaczek rozgania ponure myśli. I jak tu nie kochać tego miejsca?


          Park Tadeusza Kościuszki do najmniejszych nie należy, więc każdy znajdzie tu kawałek miejsca dla siebie. Miłośnicy kawy i lodów na pewno nie będą narzekać na brak ulubionych produktów, bo można je tu dostać prosto z roweru! Niestety próżno szukać tu już wspomnianego chleba prądnickiego. Co to takiego? To pszenno – żytni chleb na zakwasie pieczony z dodatkiem płatków ziemniaczanych, otrąb, soli i kminku. To cudo sztuki piekarniczej cieszyło podniebienia możnych Krakowa i okolic od 1421. Podobno pierwszy po żniwach bochenek zanoszony był królowi na Wawel, a sam Stanisław Poniatowski domagał się dostarczenia mu tego rarytasu do Warszawy co roku na św. Jana. Niestety, z czasem tradycja wypieku chleba prądnickiego wymarła. W okresie PRL-u można go jeszcze było czasem kupić na Kleparzu.  Co ciekawe, produkcję tego przysmaku udało się wznowić dzięki Antoniemu Madejowi, który odtworzył tradycyjną recepturę i… nie został doceniony przez ówczesnych konsumentów. Po wielu latach działalności jego piekarnia została zamknięta w 2014 roku, a szkoda. Zdecydowanie pociekła nam ślinka na myśl o tej chrupiącej skórce… Może ktoś z was wie czy i gdzie można jeszcze kupić chleb prądnicki? Nam się nie udało znaleźć takiej informacji. Jednak jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tym rarytasie to zapraszamy tutaj.

        

    Nieco rozczarowani brakiem tak smacznego pieczywa ruszamy powoli w stronę Dworku Białoprądnickiego. Słyszeliście, że jego historia sięga początków XVI wieku, a w przylegającym do niego ogrodzie drzemał sam Tadeusz Kościuszko? A wiedzieliście, że nazwa ulicy (Papiernicza), przy której usytuowany jest dworek pochodzi od istniejących tam w przeszłości papierni? To już wiecie! A my kontynuujemy naszą wędrówkę. Topiąc się w promieniach wrześniowego słońca ruszamy ulicą Łukasza Górnickiego w stronę Doliny Prądnika. Mijamy skrzyżowanie z ulicą Kajetana Stefanowicza i naszym oczom ukazuje się polna dróżka. Ścieżka ta do najrówniejszych nie należy, a nasz wózek po tych spacerach raczej nie będzie nadawał się do sprzedaży, jednak zdecydowanie warto było się męczyć! W kilka chwil przenieśliśmy się z dusznego i gorącego miasta na piękne podmiejskie pola porośnięte kukurydzą, Mało tego, pomiędzy rzędami dojrzewających kolb znaleźliśmy piękną, równą dróżkę prowadzącą wprost do rzeki Białucha i Doliny Pradnickiej.

                Pies wpadł w euforię i z radością wskoczył do wody. Wyciągnął z niej wielki patyk i zaczął dopominać się o zabawę w aportowanie. Taka rozrywka pasowała nam wszystkim. Nasz cudowny psiór pokonywał kolejne kilometry przynosząc rzucany do wody patyk, a Ancymon piał z radości bijąc brawo pupilowi. Czas jednak biegł nieubłaganie i chcąc nie chcąc ruszyliśmy powoli ścieżką wzdłuż Białuchy. Tu zdecydowanie nie czuje się Krakowa! Relatywnie szeroka ścieżka kluczy pomiędzy niewielką rzeczką, wysokimi starymi drzewami i… zaroślami. Naszą uwagę przykuły „obejmujące się” drzewa. To dziwne, ale patrząc na nie mieliśmy wrażenie, ze to zaklęci w rośliny kochankowie. Dziwne, jak mocno działają na wyobraźnie bezludne miejsca.

 Im bardziej oddalaliśmy się od Parku Tadeusza Kościuszki. Tym węższa stawała się dróżka, a porastające jej obrzeża pokrzywy wyższe. Oczywiście Ancymon uparł się, żeby sprawdzić co tak wysoko rośnie. Jakimś cudem udało się uniknąć poparzenia, jednak wąska ścieżka nie pozwoliła nam kontynuować spaceru. Powoli nóżka za nóżką ruszyliśmy z powrotem. Byliśmy już na wysokości ulicy Grażyny, gdy po drugiej stronie chodnika zobaczyliśmy mamę pchającą wózek w przeciwnym kierunku. W wózku siedziała prześliczna blondyneczka o niebieskich oczach, na oko 6-8 miesięcy starsza od Ancymona. Jej widok zachwycił nie tylko Mamę, ale i łobuza. Oczarowany widokiem takiej piękności wygiął się w podkuwkę by dłużej podziwiać niesamowity widok. Całe szczęście, że szelki były zapięte… Cóż, jaki ojciec, taki syn. Czaruje wszystkie piękne panie dookoła.

               

Park Tadeusza Kościuszki i Dworek Białoprądnicki:

 



















Dolina Prądnika:




































Komentarze

Popularne posty