Podążając śladami Trampek w Hucie
Gdyby
ktoś rok temu powiedział mi, że będę dobrowolnie i z przyjemnością spacerować
po Nowej Hucie i okolicach, to chyba zabiłabym go śmiechem. Rynek, Kazimierz,
Podgórze - te rejony jeszcze można by uznać za ciekawe, ale Nową Hutę, Mistrzejowice,
Bieńczyce czy Wzgórza Krzesławickie? Raczej nie. Co się więc zmieniło? Trudno powiedzieć.
Prawdopodobnie nałożyło się na siebie kilka czynników: nieco zmądrzałam, dostrzegłam
unikatowe piękno okolicy, moje podróże zostały ograniczone do zasięgu własnych
nóg i wolnych weekendów męża jak również możliwości i kaprysów małego
człowieczka. Faktem jest jednak, że dziś sama szukam miejsc, których jeszcze nie
widziałam, a które wzbudzają zainteresowanie. Co ciekawe, kiedyś nie
pozwoliłabym nikomu decydować o tym co robię w wolnym czasie. Obecnie Ty Czytelniku
masz na mnie ogromny wpływ. Dlaczego? Czasem dostaję od Ciebie wiadomość
prywatną z zaproszeniem na spacer, a czasem z pytaniem dlaczego jeszcze mnie
gdzieś nie było. Czasem Instagram lub Facebook sprawią, że zobaczę wrzucone
przez ciebie zdjęcie i postanowię zmienić plany na jutro…
Tak
stało się tym razem. Jedno z naszych instagramowych zdjęć zostało polubione
przez Trampki w Hucie. Przyznamy, że nazwa profilu zainteresowała nas na tyle,
iż postanowiliśmy zerknąć cóż tam znajdziemy ciekawego. A znaleźliśmy sporo.
Przede wszystkim fotkę z Parku Ratuszowego. Byliście tam? Wiedzieliście, że
taki park istnieje? My nie. I postanowiliśmy te braki szybciutko nadrobić. Nie
zastanawiając się długo wyznaczyliśmy trasę, wpakowaliśmy Maleństwo do wózka,
Psa zapieliśmy na smycz i ruszyliśmy w drogę. Jak zwykle punktem wyjściowym
było dla nas CH Serenada. Powoli zaczęliśmy wdrapywać się pod górkę ulicą
Bohomolca i Kniaźnina. Przy Żabce skręciliśmy w ulicę Zabłockiego i
skierowaliśmy nasze kroki w stronę Parku Tysiąclecia. Tu czekała nas pierwsza
niespodzianka! Po wielu miesiącach renowacji park został w końcu otwarty! Może
dla was to nic wielkiego, ale my czekaliśmy na ten dzień z utęsknieniem. To
usytuowany najbliżej naszego miejsca zamieszkania teren zielony! Wprawdzie
wszystkie instalacje są jeszcze ogrodzone i nie można z nich korzystać, jednak
istnieje już możliwość podejrzenia przeprowadzonych prac i przejścia się nowymi
alejkami. Dzięki temu wiemy, że w parku skorzystać będzie można z wybiegu dla
psów, placu zabaw, sceny z kilkoma rzędami ławek, skate parku i strefy ćwiczeń
(te urządzenia nazywane są chyba flow parkiem). Na szczęście proces
rewitalizacji nie wpłyną na znajdującą się w parku sadzawkę z fontanną. To
urokliwe miejsce wciąż będzie dostępne dla mieszkańców, choć jego okolice
wymagają jeszcze dopieszczenia.
Park
Tysiąclecia kusi nas bardzo, jednak nie zostajemy tu długo. Plan na dzisiaj
jest zupełnie inny. Aby go zrealizować skręcamy w ulicę Wiślicką, a następnie w
Czaplickiego. Jeszcze tylko kilkaset metrów ulicą Leopolda Okulickiego i docieramy
do Krainy Placów Zabaw I Siłowni Na Świeżym Powietrzu. Tego fragmentu spaceru
nie da się przejść szybko. Zatrzymujemy się na dwóch placach zabaw i testujemy
huśtawki. Odcinek, który dawniej pokonywaliśmy w jakieś 30 - 40 minut, zajmuje
nam tym razem godzinę. Plus tej sytuacji jest taki, że zmęczone wrażeniami
Maleństwo ucina sobie krótką drzemkę i możemy nieco przyspieszyć kroku.
Przecinamy ulicę Kocmyrzowską i osiedlami znajdującym się na tyłach Teatru Ludowego
kierujemy się w stronę Osiedla Uroczego. Jeszcze kilka minut spaceru i naszym
oczom ukazuje się Park Ratuszowy. Nie myślcie sobie, że to jakiś ogromny teren
zielony. Tak nie jest. To po prostu kolejny kieszonkowy park Krakowa (a może
powinniśmy napisać Nowej Huty?). Niech nie zmyli was to pierwsze zdanie wstępu. Choć niewielki, to
Park Ratuszowy jest magiczny! Już z daleka bije od niego spokój i harmonia.
Nawet my zwalniamy kroku i delektujemy się okolicą. Maleństwo drzemie, Pies
ignoruje inne czworonogi, a Mama przygląda się szczegółom. W cieniu drzew kilku
staruszków toczy poważne rozmowy grając w karty, nieco dalej wesoła staruszka
strofuje białego pudla, a stary Maluch (Fiat 126p) mruga do nas wesoło. Kawałek
dalej, na ławce ktoś porzucił książkę. Przez chwilę w Mamie wzbiera złość, bo
jak można tak traktować przyjaciół? Jednak złość szybko ustępuje miejsca zrozumieniu.
Kilka ławek dalej dwóch Panów Żuli grzeje się w słońcu czytając. Okładka książki
trzymanej przez pierwszego z nich jest zbyt zniszczona, by przeczytać choćby
tytuł, drugi ułożył książkę tak, że widać tylko nazwisko autora –George Orwell.
Mama nie odważyła się zrobić zdjęcia, a może nie była w stanie? Z szoku wyrwał
ja dopiero koniec alejki. Dzisiejszy cel został osiągnięty. Dotarliśmy do Parku
Ratuszowego, mamy zdjęcia i co teraz? Powinniśmy tak po prostu wrócić? Szybki
rzut okiem na Google Maps i już wiem, że to nie koniec spaceru. Kilkaset metrów
dalej znajduje się Park Szwedzki. Z uśmiechem na twarzy ruszamy aleją Przyjaźni
w jego stronę. Tu nie czuć już tej magicznej atmosfery Parku Ratuszowego. W
zasadzie nie wywiera on na nas większego ważenia. Ma jednak ogromną zaletę w
taką pogodę (28 stopni Celsjusza) i o tej porze (13:00). Przez chwilę spacerujemy
po obszarze parku. Z uśmiechem dzień dobry mówi nam jedna z mijanych pań.
Prawdopodobnie się nie znamy, jednak fakt, że i ona i Mama pchają wózek
jednoczy nas na tyle by radośnie się przywitać.
Z
Parku Szwedzkiego szybkim krokiem ruszamy w aleję Solidarności, a następnie w
aleję Generała Władysława Andersa. Krakowscy smakosze zapewne już wiedzą czego
tam szukamy. Kilkaset metrów od Placu Centralnego znajduje się Lodowa Huta.
Plotka głosi, że produkują najlepsze lody w mieście. Czy rzeczywiście?
Postanowiliśmy to sprawdzić. Kolejki przed okienkiem nie ma, jednak w jego
pobliżu każdy wolny metr przestrzeni zajęty jest przez… miłośników lodów!
Wygląda na to, że dobrze trafiliśmy. Mama składa zamówienie uwzględniając
dodatkowy rożek dla Maleństwa i… Maleństwo oczywiście się budzi. Słodki rożek
odwraca jego uwagę od ogromnej porcji lodów zjadanych przez Mamę (choć razy
wybrana przez nas lodziarnia była otwarta, yupi!) i jeszcze przez chwilę
zatrzymuje je w wózku. Z uśmiechem na twarzy docieramy więc do Nowohuckiego Centrum Kultury. Z jeszcze
szerszym uśmiechem mijamy go i kierujemy się na Łąki Nowohuckie. Nie udaje się
nam dojść zbyt daleko. Rożek się skończył, a Maleństwo domaga się
rozprostowania kości. Na to też jesteśmy przygotowani. Mama wyciąga kocyk, rozkłada
go i pozwala Maleństwu raczkować. Kto by tam się jednak trzymał koca, kiedy
wokół tyle kwitnącej koniczyny. Maleństwo oddala się coraz bardziej i coraz
chętniej urywa białe główki kwiatów. Sytuacja nie jest bezpieczna, ponieważ tuż
obok znajduje się duży spadek terenu. Nie mamy więc wyjścia. Mama pakuje Maleństwo
do wózka, zwija kocyk i wśród krzyków niezadowolenia, wydeptaną dróżką pomiędzy
Łąkami, a osiedlami docieramy do Ścieżki Spacerowej – Łąki Nowohuckie. Nie
możemy nadziwić się temu miejscu. Jest tu tak pięknie i zielono! Ten obszar
zdecydowanie nie pasuje do Krakowa, a już na pewno nie do naszego
stereotypowego wyobrażenia o Nowej Hucie. Dech zapiera nam instalacja
przymocowana do drzewa imitująca ptasie gniazdo, na której ktoś czyta książkę,
przystajemy przy nietuzinkowym placu zabaw (oczywiście z gniazdami i jajami w
tle), skupiamy wzrok na rozciągającej się aż po horyzont zieleni i… nie
wiedzieć kiedy dochodzimy do Ścieżki Dydaktycznej – Łąki Nowohuckie. Tu bunt
Maleństwa przybiera na sile. Siadamy na pierwszej z brzegu ławce, czekamy aż
miną nas dwie panie z pieskami i uwalniamy ze smyczy naszą bestię. Widoczność
mamy tu idealną, więc zanim Pies wyczuje inne zwierzę zdążymy zareagować i zapiąć
go na smyczy. Maleństwo trochę chodzi, trochę raczkuje po ławce. Mijają kolejne
minuty, zmęczony Pies pada w cieniu ławki spokojnie obserwując poczynania
reszty wyprawy. W końcu część sił Maleństwa zostaje spożytkowana i możemy
ruszać dalej.
Z
daleka widzimy zbliżającego się do nas samotnego wędrowca. Mama patrzy na niego
nieufnie. To nie to, że się go boi, ale jak dotąd na ścieżce dydaktycznej
spotkaliśmy dwie panie z psami i kilku rowerzystów. Nikt nie spaceruje tu sam i
to bez psa. Mama wypatruje więc czworonożnego towarzysza wspomnianego wędrowca.
O dziwo bez rezultatu. Już prawe mijamy młodego człowieka, kiedy ten nagle
zatrzymuje się i nam błogosławi. W jego
ręku dostrzegamy przekładane paciorki różańca i zaczynamy się domyślać, że to
pewnie jakiś zakonnik lub ksiądz. Szybko otrząsamy się z szoku, dziękujemy za błogosławieństwo
i życzymy zdrowia. Z tego dziwnego spotkania Mamie zapada w pamięć jedno zdanie
„żeby wszystko było dobrze”. Z nieco mieszanymi uczuciami ruszamy dalej.
Gdzieś po prawej powinniśmy mieć ścieżkę prowadzącą z powrotem pod NCK. Cóż,
chyba pora zmienić okulary na mocniejsze, ponieważ jej nie znaleźliśmy! Idąc
nóżka, za nóżką i łapa za łapą dotarliśmy w końcu do końca ścieżki dydaktycznej.
Trasa trochę nas zmęczyła, więc Mama włączyła Google Maps, żeby poszukać najkrótszej
drogi do domu. Możecie się śmiać lub nie. Nigdy wcześniej tu nie byliśmy, więc nie
zastanawiając się długo ruszyliśmy za wskazówkami aplikacji. Nagle Mama
przystanęła. Mijany przez nas blok coś jej przypominał. Szybki rzut okiem na
nazwę ulicy i już wiemy! Tu mieszka jedna z przyszywanych Cioć! Takiej okazji
nie można było nie wykorzystać. Jeden telefon i chwilę później Mama z Ciocią
próbowały nadrobić ponad półroczne zaległości w ploteczkach i newsach. Kiedy w
końcu udało im się rozstać ruszyliśmy dalej ulicą Padniewskiego, a później
Tomickiego. Szybko przecięliśmy aleję Jana Pawła II i znaleźliśmy się na
Osiedlu Kolorowym. Mamę zaczęło kusić, żeby wybrać się choć na chwilkę do
Salonu Fryzjersko – Kosmetycznego „Lilu” (os. Kolorowe 10) i umówić wizytę u
najwspanialszej fryzjerki w Krakowie –Eweliny. Niestety Maleństwo zaczęło
protestować przeciw kolejnym spotkaniom towarzyskim. Na jego twarzy pojawiły
się pierwsze oznaki zmęczenia, jednak dzielny wojownik postanowił jeszcze trochę
powalczyć.
Osiedlem
Kolorowym dotarliśmy do kolejnego terenu zielonego: Parku Wiśniowy Sad. Wiedzieliśmy,
że nadłożymy trochę drogi jednak taka nazwa kusi. Musieliśmy tu zajrzeć choć na
chwilę. Zdecydowanie nie żałujemy tych kilku minut. Park Wiśniowy Sad to
kolejny uroczy skrawek zieleni w Krakowie. Znajdziecie tu tajemniczą rzeźbę i
dwa place zabaw, jak również przyjemny, chłodny cień w skwarne popołudnie. Zmęczenie
daje jednak o sobie znać. Maleństwo zasypia, a Pies zaczyna powłóczać łapami. Najwyższa
pora wracać. Osiedlem Kolorowym dochodzimy do alei Andersa i Ronda
Kocmyrzowskiego. Stąd już tylko rzut beretem do Plant Bieńczyckich. Choć kusi,
by zwolnić tempo i cieszyć się otaczającą nas zielenią, to jednak
przyspieszamy. Za chwilę Tata pewnie wróci z pracy i dobrze byłoby zaserwować
mu coś ciepłego. Prawie biegnąc mijamy ulicę Okulickiego, Czaplickiego, Wiślicką,
Park Tysiąclecia, Kniaźnina, Bohomolca i docieramy do domu. Próbujemy
przekręcić klucz w drzwiach i o dziwo nie chce działać. Przez chwilę boimy się,
że zostawiliśmy mieszkanie otwarte. Jednak nie. Okazuje się, że tym razem Tata
wrócił pierwszy. Cóż, chyba trochę dziś poszaleliśmy ze spacerem…
Park Ratuszowy:
Park Szwedzki:
Łąki Nowohuckie:











































Komentarze
Prześlij komentarz