Niedawno Tata
wrócił z pracy z informacją, że musi jechać do Chorzowa z naszym wesołym
autkiem. Mama przyjęła tę informację wzruszeniem ramion i lakonicznym komentarzem:
„Jedziemy z Tobą”. Tata zdębiał. „Ale tam nie ma co zwiedzać. Dwie wielkie
przecinające się ulice na krzyż i pełno szarych kamienic. Aaa jeszcze McDonald
i Żabka. Pytałem nawet mechanika i powiedział mi, że w Chorzowie nie ma nic do
zobaczenia!” Czy oczami wyobraźni widzicie już reakcję Mamy? Spokojnie, Tata jest
w jednym kawałku. Ten rok nauczył Mamę cierpliwości, więc tylko wyjęła telefon,
włączyła przeglądarkę i wpisała krótkie hasło: ”Co warto zwiedzić w Chorzowie?”.
Jak zapewne się domyślacie, Wujek Google nie odpowiedział „Nic”. Za to Tata
kazał nam być gotowym do drogi punt 6:40.
Chcecie wiedzieć co warto zobaczyć w Chorzowie? Zapraszam na spacer z
nami!

Tym razem nasz
spacer rozpoczynamy na ulicy Nowej 4 w Chorzowie, na parkingu Volvotechu. Z
uśmiechem wyjmujemy z bagażnika wózek, kluczyki do auta zostawiamy przemiłemu
panu, którego zdaniem w Chorzowie nie ma nic ciekawego do zobaczenia, i ruszamy
na podbój miasta. Skręcamy w prawo i kierujemy się ulicą Nową w stronę
przejścia nad torami kolejowymi. Kontynuujemy wędrówkę ulicą Marii Skłodowskiej
– Curie, a następnie Poznańską, Krakowską i Piastowską. Tata jest lekko
znudzony wycieczką, za to Mama jest w swoim żywiole. Fotografuje co się da. Typową
zabudowę Chorzowa, kopalnię węgla kamiennego, kolumnę Maryjną i kapliczkę. Jej wzrok na chwilę przykuwają białe
ogrodowe huśtawki z palet i plątający się wśród nich ludzie. Jeszcze nie wie,
że to tu przyjdzie nam zjeść obiad. Chwilowo jej uwagę zajmuje mapa i
droga do „Górnośląskiego Parku
Etnograficznego”. Mama narzuca szybkie tempo. Skręca w ulice Parkową, a następnie
w aleję Harcerską i… jesteśmy na miejscu! Wyjmujemy maseczki, dezynfekujemy
ręce i podchodzimy do kasy. Z niecierpliwości tupiemy nóżkami czekając aż
kasjerka skończy rozmowę telefoniczną i sprzeda nam bilety. W akcie desperacji
mamy ochotę rzucić odliczoną kwotę na blat i pobiec zwiedzać. Niestety wpojone
przez rodziców dobre wychowanie nam na to nie pozwala. Cierpliwie staramy się
czekać, aż kobieta skończy telefoniczną dyskusję i nas obsłuży. W końcu nasza „cierpliwość”
zostaje nagrodzona i z biletami w ręku możemy ruszać.

Zwiedzanie
zaczynamy na własną rękę. Nie dostaliśmy żadnej mapki, ani folderu z planem
skansenu, więc idziemy przed siebie. Początkowo czujemy się nieco rozczarowani.
Mijamy jakąś niepozorną kapliczkę, obszczekuje nas pies z drewnianej budki z
wbudowanym czujnikiem ruchu i głośnikiem, zaglądamy do drewnianej chaty, jakich
sporo widzieliśmy już w Szymbarku i dookoła obchodzimy zabytkowy budynek młyna,
w którym koło młyńskie unieruchomione jest z powodu braku wody. Skrzydełka nam
nieco opadają, ale Mama robi dobrą minę do złej gry. Za nic w świecie nie
przyzna się, że w Chorzowie rzeczywiście nie ma co zwiedzać. Przecież
wjeżdżając do miasta widzieliśmy przepiękny budynek, park rozrywki, ogromny
park miejski, stadion. Na pewno jest tu coś ciekawego. Próbując nie tracić
nadziei idziemy dalej. Babcia zawsze powtarza: „Nadzieja matką głupich, ale jak
każda matka kocha swoje dzieci”. I tym razem ma dla nich prezent! Już kilka
kroków dalej widzimy kolejną starą chałupkę wraz z zabudowaniami gospodarczymi.
Mama uważnie ogląda stare sprzęty i dekoracje, a Tata znika w stajni, w której
znajduje mnóstwo maszyn rolniczych. Wszyscy tracimy poczucie czasu i pozwalamy
wyobraźni przenieść nas w przeszłość. Długo dyskutujemy o tym jak żyło się w
tym miejscu niespełna wiek temu, aż w końcu do porządku przywołuje nas
nieubłaganie płynący czas. Nie wiemy, kiedy zadzwonią z warsztatu, że auto
gotowe jest do odbioru, a tu jeszcze tyle do zobaczenia poza skansenem…
Wzdychamy ciężko i opuszczamy stodołę, żeby ruszyć dalej. Nagle naszą rozmowę
przerywa głośne beczenie. Lekko zdezorientowani patrzymy na siebie wzajemnie,
kiedy z zaskoczenia otacza nas stado baranów. Wyjątkowo nie mówimy o grupie
idiotów, ale prawdziwych, poruszających się na czterech kończynach i beczących owcach!
Maleństwo jest zachwycone! Głośno śmieje się i macha rączkami próbując pogłaskać
najbliżej stojące zwierzę. Mama i Tata przecierają oczy ze zdumienia. Tak, już
wiemy. Tata w końcu znalazł gospodarstwo idealne dla siebie, a jego mała kopia
wybrała właśnie zwierzątko, które chciałaby mieć. Tylko Mama jest tym wszystkim
nieco przerażona. Zanim chłopaki rozmarzą się na dobre, przypomina o
upływającym czasie i delikatnie popycha
ich w kierunku ścieżki prowadzącej do kolejnych zabudowań. I tu czeka na nas
następna niespodzianka! Skansen jest dużo, dużo większy niż początkowo
sądziliśmy. Przed nami rozpościerają się kolejne zabudowania gospodarcze, ule,
kuźnia, budynek szkoły z częścią mieszkalną, zabytkowy wiatrak z pierwszej
połowy XIX wieku i drewniany kościółek z Nieboczowa (1791 r.). Jeszcze nawet
nie zobaczyliśmy połowy skansenu, a już jesteśmy usatysfakcjonowani. Mama
uśmiecha się szeroko i od czasu do czasu mruczy
pod nosem „W Chorzowie nie ma co zwiedzać…”, Tata dyplomatycznie milczy,
a zadowolone Maleństwo kręci główką we wszystkie strony, coraz szerzej otwierając
oczy ze zdumienia.
Nagle rozlega
się kwik radości. Mama i Tata przez chwilę patrzą zdezorientowani na zachwycone
dziecko. Owce wróciły! I to dosłownie. Wróciły do swojej zagrody! Gdyby nie to,
że tam byliśmy, nie uwierzylibyśmy, że te zwierzaki same, jeden za drugim przeskoczyły
płot swojej zagrody i zajęły się skubaniem trawy w ogrodzonym dla nich fragmencie skansenu. Oniemieliśmy.
Wygląda na to, że te owce są tresowane, ale żeby barany były aż tak mądre? Z
mocnym postanowieniem, żeby nie nazywać już głupich ludzi baranami (z szacunku
dla tych drugich), ruszyliśmy dalej. Z każdym krokiem byliśmy coraz bardziej
zdziwieni. Skansen się nie kończył! Poza licznymi chatami i zabudowaniami z różnych
rejonów Górnego Śląska i różnorodnych okresów historycznych udało nam się
zobaczyć zabytkową karczmę (w której obecnie można zatrzymać się na obiad,
kawę, etc.), chatę zielarki, zabytkowe spichlerze, wozownię, a nawet kościół
ewangelicki! W skansenie nie brakuje też zwierzaków! W czasie naszego spaceru
spotkaliśmy konia, świnię, kozy, kilka kotów, a nawet króliki! Spędziliśmy tu
prawie 3 godziny i wciąż czujemy niedosyt. Chętnie zostalibyśmy tu dłużej, ale
Chorzów sam się przecież nie zwiedzi! Tak wiemy, w tym mieście nie ma co
zwiedzać, ale my jeszcze nawet nie zaczęliśmy spaceru!

Z łezką w oku
opuściliśmy skansen i powoli ruszyliśmy w stronę Parku Śląskiego. Minęliśmy
Stadion Śląski, który specjalnego wrażenia na nas nie zrobił i pędem ruszyliśmy
w kierunku zieleni. A tu się zaczęło… Nie, zdecydowanie w Chorzowie nie ma co
zwiedzać… A co powiecie o największe rosarium w Polsce? Tak, to tu w Chorzowie,
na skraju Parku Śląskiego znajduje się przepiękny różany ogród uznawany za
jeden z 35 najpiękniejszych na świecie! Wśród róż ukryci siedzą Karolinka i
Karliczek. Pamiętacie tę przyśpiewkę: „poszła Karolinka do Gogolina”? To właśnie
oni siedzą na ławeczce romantycznie skrytej wśród róż. Nawet jeśli nie
jesteście miłośnikami kwiatów, to ten ogród
sprawi, że z piersi wyrwie się wam westchnienie zachwytu. A kiedy już
nasycicie oczy tym niezwykłym widokiem ruszajcie z nami dalej na podbój Parku
Śląskiego! Naszą wędrówkę kontynuujemy wzdłuż Małego Stawu, a później Dużego
Stawu. Mijamy niezliczoną ilość fontann. Jest tu fontanna z pelikanem, fontanna
ryby, fontanna delfiny, fontanna ślimak i „Dziewczyna z dzbanem”. Być może jest ich tu
więcej, jednak nasza pamięć jest zbyt krótka by je wszystkie spamiętać. Tym
bardziej, że nasze myśli zaczynają powoli krążyć wokół obiadu. Przez chwilę zastanawiamy
się czy nie zatrzymać się na małe co nieco w Browarze „Przystań”. Jego
malownicze położenie tuż nad Dużym Stawem kusi, oj kusi. Niestety kusi nie
tylko nas. Brak wolnych stolików na zewnątrz zdecydowanie demotywuje nas do
zjedzenia tam posiłku. Zapychamy żołądek wodą i słodyczami, po czym ruszamy
dalej. Dech w piersiach zapiera nam Zaczarowany Zakątek. To niewielki obszar
parku z oczkiem wodnym, zadaszoną ławeczką, pięknymi schodami i morzem kwiatów.
Nie możemy odmówić sobie tej przyjemności i na chwilę siadamy tu w cieniu.

Niestety czas
biegnie nieubłaganie, a nasze brzuchy zaczynają coraz bardziej burczeć. Mapa
wskazuje nam, że niedaleko znajduje się restauracja Nowa Łania. Nie
zastanawiając się długo pędzimy w tamtą stronę. Niestety, akurat trwają
przygotowania do ślubu w altanie zbudowanej na znajdującym się tuż obok stawie,
więc szybko modyfikujemy plany. Kilkaset metrów dalej kolejna restauracja
Dworek Parkowy. Na nasze twarze wraca uśmiech! Nie dość, że zjemy coś pysznego,
to jeszcze odwiedzimy kolejne piękne miejsce. Prawie biegniemy w tamtą stronę. Nieco
zdziwieni, że wciąż znajdujemy się w Parku Śląskim (naprawdę jest ogromny) docieramy
na miejsce. Po raz pierwszy Chorzów nas rozczarowuje. Nasz wymarzony dworek
jest tylko zwykłym budynkiem, który nie ma nic wspólnego z dworkiem, poza
nazwą. Źli, że tak daliśmy się nabrać rezygnujemy z obiadu w tym miejscu i
ruszamy zwiedzać dalej. Wolniejszym krokiem i nieco zmęczeni docieramy do
Planetarium Śląskiego. Zgodnie stwierdzamy, że warto poczekać z obiadem.
Zamiast tego odwiedzimy planetarium i obserwatorium astronomiczne. W nieco
lepszych humorach ruszamy w ich stronę i… mamy dziś pecha. Oba obiekty są
tymczasowo zamknięte Tata zaczyna
protestować przeciw dalszemu zwiedzaniu domagając się obiadu. Mama szybko
sprawdza czy jest jeszcze coś ciekawego do zobaczenia w Parku Śląskim. Jest.
Tylko jak nakłonić Tatę do zwiedzania? Mamę ciągnie do Ogrodu Zoologicznego,
Kotliny Dinozaurów, a przejażdżka kolejką linową nad parkiem szybko zostaje
wpisane na listę rzeczy do zrobienia przed 40-stką. Mina Taty mówi jednak
wszystko. Tym razem lepiej nie ryzykować. Rezygnujemy z zobaczenia pomnika
niedźwiedzia, Zajrzenia do Mini Parku Linowego i sprawdzenia jak w Chorzowie wyglądają
psie parki (tak, jest tu nawet wybieg dla psów!). Z nostalgią zerkamy w stronę
największego na Śląsku parku rozrywki „Legendia” i pytamy wujka Google gdzie
najlepiej zjeść obiad. Nie mamy wygórowanych wymagań. Szukamy najbliższej
miejscówki, w której można usiąść. Tripadvisor wskazuje na restaurację „Ludzie
mówią różne rzeczy”. Niby najbliższa
knajpa, a przed nami jednak 20 minut
marszu. Nie wiele myśląc wyznaczamy trasę w Google Maps i ruszamy! Początkowo trasa
jest bardzo przyjemna. Idziemy jedną z głównych alejek Parku Śląskiego, jednak
po chwili aplikacja każe nam skręcić w prawo. Niby jest jakaś wąska dróżka, ale
po obu jej stronach znajdują się nieprzebyte chaszcze. Mama z Tatą patrzą na siebie
skonsternowani, po czym wzruszają ramionami i ruszają zarośniętą dróżką. Czy wy
też odczuwacie dziwny niepokój? A może przypomniały się wam nasze przygody z
Parku Leśnego w Witkowicach? Niby człowiek uczy się na błędach i Mama z Tatą
powinni już wiedzieć, że nie zawsze należy słuchać Google Maps, jednak głód
przytępił ich instynkt samozachowawczy i radośnie zaczęli się pchać w
najdziksze odmęty Parku. Rozsądek wrócił im dopiero, gdy aplikacja kazała im
skręcić w lewo. Prawdopodobnie by to zrobili, jednak znajdowali się pośrodku
niczego (albo raczej po środku nieprzebytych chaszczy), a w lewo prowadziła ledwie
widoczna, wydeptana ścieżka, którą wózek nie miał szans przejechać. Tata
zacisnął zęby i zaniemówił, Mama poczuła się winna, że bezkrytycznie uwierzyła
Googl Maps, zaś Maleństwo dla bezpieczeństwa ucięło sobie drzemkę.

Rodzice
policzyli do dziesięciu, odetchnęli głęboko i postanowili już bardziej nie
ryzykować. Kontynuowali wędrówkę dotychczasową ścieżką słusznie licząc, że musi
ona w końcu wyprowadzić ich na jakąś otwartą przestrzeń. Udało się! Doszliśmy do
lądowiska dla helikopterów. Stąd już tylko kilka minut wędrówki brzegiem Parku
Śląskiego i skansenu i… Pamiętacie te białe huśtawki z palet, które przyciągnęły
uwagę Mamy rano? Okazuje się, że to właśnie loka do którego skierował nas internet.
Szczęśliwi, że w końcu cos zjemy żwawo ruszyliśmy w kierunku restauracji.
Naiwnie liczyliśmy na miejsce na jednej z huśtawek albo chociaż stolik na
zewnątrz. Niestety przeliczyliśmy się. Mało tego. Kiedy już weszliśmy do
ogródka lokalu, na stołach ujrzeliśmy kredowe tabliczki. Na każdej z nich były
wypisane rezerwacje. Co dwie godziny od 13:00 do 20:00 lub 21:00… W środku nie
było lepiej. Pełne sale, a nam kiszki grają marsza. Zdesperowani uśmiechnęliśmy
się do kelnera pytając, czy znajdzie się może stolik dla dwóch osób i wózka.
Desperacja chyba była wypisana na naszych twarzach, bo przemiły pan kelner uśmiechnął
się do nas i zaprosił do środka. Szybko omiótł wzrokiem stoliki i zaprosił nas
do jednego z największych, skrytych w kącie. Następni goście mieli pojawić się
tu dopiero za 1,5h. Mieliśmy szansę zdążyć coś zjeść! Nie zastanawiając się
długo zamówiliśmy zupę pomidorową, pizzę i jeden z makaronów. Do tego
przepyszna domowa lemoniada i w końcu mogliśmy skupić się na obejrzenia wnętrza
lokalu. Za nami zauważyliśmy ogromny piec do pizzy, z boku kącik dla dzieci z
cudowną tablica manipulacyjną, na ścianach zdjęcia z Chorzowa z okresu
dzieciństwa Taty i Mamy, albo jeszcze starsze, hamaki dla pojedynczych gości i
pies. Przez chwilę przecieraliśmy oczy ze zdumienia, jednak nie pomyliliśmy
się. W sali obok siedziała para z psem, który merdając ogonem zajadał brzegi
pizzy, a pan kelner dolewał mu świeżej wody do miski. Musimy wam powiedzieć, że
już dawno nie spotkaliśmy tak fantastycznego miejsca. „Ludzie mówią różne
rzeczy”, to lokal z prostym, ale przepysznym jedzeniem wartym każdej wydanej
tam złotówki. Mało tego, to przestrzeń, w której każdy jest mile widziany i
czuje się jak u przyjaciela na imprezie. Jeśli będziecie kiedyś w Chorzowie, to
zdecydowanie musicie tu zajrzeć! Dla bezpieczeństwa zróbcie tylko wcześniej rezerwację.
Zakładam, że przemiły pan kelner zrobi wszystko, żeby znaleźć dla was stolik,
jednak miejsce to nie jest z gumy, a najwyraźniej chorzowianie bardzo lubią ten
lokal i chętnie w nim przesiadują. Gdybyście jeszcze zastanawiali się czy warto
odwiedzić tę restaurację to dodam tylko, że mają również niestandardowe
toalety. Dlaczego? Sprawdźcie sami. Tej jednej tajemnicy nie zdradzimy.

Najedzeni fest
i w zdecydowanie lepszych humorach, postanowiliśmy powoli toczyć się w stronę
ulicy Nowej i Volvotechu. Tym razem szło nam nieco wolniej. Przemierzone
kilometry i ogromny obiad zrobiły swoje. Z radością usiedliśmy w firmowym
ogrodzie i czekaliśmy na zwrot auta. W zasadzie to z radością usiadł Tata. Maleństwu
było to obojętne, byleby tylko ktoś dał mu ręce i zaczął z nim chodzić po
okolicy. Mama też jakoś nie mogła znaleźć sobie miejsca. Niby zaczęła za nią
chodzić dobra kawa (nie, ta z pobliskiego McDolandu nie spełniała kryteriów),
jednak powód był chyba inny. Wjeżdżając do miasta widzieliśmy przepiękny
budynek, którego nie minęliśmy w czasie spaceru. Jak można opuścić taki punkt turystyczny?
Nie wahając się nawet minut, Mama
zostawiła Tatę i Maleństwo i ruszyła w poszukiwaniu „kawy”. Zapomniała tylko
uprzedzić resztę, że najbliższa kawiarnia znajduje się ponad 1,5 km od
Volvotechu… Nie ważne. Żwawym krokiem, nie oglądając się za siebie Mama
wyruszyła zwiedzać. W duchu modliła się, żeby Tata jej nie zatrzymał. Na szczęście,
chyba bał się, że Mama zabierze go ze sobą, więc wolał milczeć.

Mama przeszła
kilka chorzowskich osiedli i placy, trafiła na rozbiórkę zabytkowej rzeźni, ze
zdziwieniem stwierdziła, że nawet Biedronka może zamknąć nierentowny punkt i
szybkim krokiem minęła zbieraczy puszek. Powoli zaczęła się zastanawiać czy
wyprawa po kawę na pewno była dobrym pomysłem, kiedy jej oczom ukazał się
wymarzony budynek. Nawet nie wyobrażacie sobie jej zdziwienia, kiedy odkryła,
że nie jest to kościół, a jedynie… oddział Poczty Polskiej! Chwila kontemplacji,
zdjęcie i Mama mogła już z lekkim sercem przejść kolejne 100 metrów dzielące ją
od kawiarni. Szybko zamówiła dwie czarne kawy i z uśmiechem na twarzy wróciła
do Volvotechu.

Podobno w
Chorzowie nie ma nic ciekawego do zobaczenia, ale Mama, Tata Maleństwo
wyjeżdżają stąd z uczuciem pewnego niedosytu. Nic dziwnego, nie udało nam się
zobaczyć Planetarium Śląskiego, Teatru Rozrywki, Ogrodu Zoologicznego, Kościoła
św. Wawrzyńca i prawdopodobnie wielu innych ciekawych miejsc. Mimo wszystko
wyjeżdżamy usatysfakcjonowani. To był cudowny, pełen wrażeń dzień. Mama pęka z
dumy. Wiecie dlaczego? Pan mechanik, który twierdził, że w Chorzowie nie ma nic
ciekawego, zapytał Tatę jak tam spacer. W połowie opowieści przerwał Tacie i
zaczął wymieniać miejsca, które pewnie widzieliśmy, w tym najlepszą restaurację
w Chorzowie: „Ludzie
mówią różne rzeczy”. Oj drogi panie, chyba jednak wiedział pan, że w
Chorzowie jest co zwiedzać. Może tylko wiary we własne miasto panu brakło? Nam
jej nie brakuje i z czystym sumieniem zapraszamy do Chorzowa. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.
My na pewno tu jeszcze wrócimy. Miejmy tylko nadzieję, że już nie z powodu
naszego wesołego autka…
Informacje z Chorzowa na stronie internetowej Informator Chorzów, czyli Tuba Chorzowa – to bardzo wiarygodne źródło informacji. Polecam!
OdpowiedzUsuń